Pada od samego rana. Nie kapie — leje, z tych deszczy, po których plac zabaw zmienia się w jezioro, a spacer odpada razem z nim. Śniadanie zjedzone, jedna bajka obejrzana, a dziecko już krąży po mieszkaniu jak zwierzę w za małej klatce. Do wieczora jeszcze dziesięć godzin.
Pomysły się kończą, za oknem dalej szaro, a w głowie stoi jedno zdanie: „włączę im coś i mam spokój”. Czasem włączam. Nie na cały dzień, bo wiem, jak wygląda potem wieczór.
Dlaczego deszczowy dzień jest trudniejszy, niż się wydaje
Problem deszczowego dnia nie polega na tym, że dziecko nie ma co robić. Zabawek zwykle ma aż za dużo. Problem jest w ciele.
Małe dziecko potrzebuje ruchu podobnie, jak potrzebuje jedzenia. Przedszkolak ma się w ciągu dnia porządnie wybiegać, wyskakać, powspinać — więcej, niż nam się wydaje. W pogodny dzień rozkłada się to samo: podwórko, rower, plac zabaw. Kiedy pada, ta potrzeba nie znika. Po prostu nie ma dokąd pójść. Zostaje w dziecku i szuka ujścia — w bieganiu po kanapie, w piskach, w kłótni o nic.
Do tego dochodzi szarość za oknem, która działa też na nas. Łatwo wtedy o pułapkę, w którą wpada większość z nas: skoro nie można wyjść, to trzeba dziecko czymś zająć na okrągło. I zaczyna się dzień animatora — pomysł za pomysłem, od śniadania do kolacji. Po trzech godzinach jesteś wykończona/y, a dziecko i tak marudzi. Dziecko, któremu ktoś ciągle podsuwa gotowe, wychodzi z wprawy w wymyślaniu sobie zabawy samemu.
Jak ułożyć taki dzień, żeby przez niego przejść
Nie chodzi o to, żeby zapełnić każdą minutę. Chodzi o rytm. Dzień, w którym nie można wyjść, znosi się najlepiej, kiedy ma trzy rodzaje momentów — i sporo luki między nimi.
Najpierw ruch. Zanim sięgniesz po cokolwiek spokojnego, daj dziecku rozładować to, co siedzi mu w nogach. Nie musisz wychodzić — wystarczy odsunąć stół i zrobić tor z poduszek, włączyć trzy piosenki do skakania, ogłosić, że podłoga jest z lawy. Nastaw sobie dziesięć minut i przez ten czas nie proponuj niczego do siedzenia. Energia ma gdzieś pójść, zanim dziecko w ogóle da radę usiąść.
W bloku te dziesięć minut wyglądają inaczej. Skoki na materacu i bieganie po przedpokoju słyszy sąsiad piętro niżej, a głośniejsza muzyka dotrze też za ścianę. Postaw na ruch, który nie stuka o podłogę: czołganie na kocu pod stołem, przenoszenie jajka na łyżce z pokoju do pokoju, przepychanie poduszki samą głową, taniec na boso ze słuchawkami na uszach. Metr kwadratowy przedpokoju wystarczy na tor z poduszek do przejścia bez podskoku, dużym krokiem.
Potem jedna rzecz na dłużej. Po ruchu dziecko jest gotowe na coś, co wciąga na serio — konkretny projekt, przy którym usiądzie na dłużej. Budowanie, lepienie, malowanie, coś, co rośnie pod rękami i zostaje. Rozłóż to na podłodze i nie sprzątaj do wieczora — zabawa, do której można wrócić po obiedzie, ciągnie się dłużej niż taka, którą trzeba złożyć przed zupą.
I wreszcie cisza. Nie każdą dziurę trzeba zapełnić. Deszczowy dzień to dobra okazja, żeby dziecko trochę się ponudziło — poleżało, pogapiło w okno, samo coś wymyśliło. Właśnie w tej pustej chwili zaczyna się samodzielna zabawa.
Ekran w tym wszystkim ma swoje miejsce: jest jednym z bloków dnia. Jedna bajka czy odcinek po obiedzie, zapowiedziany wcześniej („po zupie oglądamy jedną i wyłączamy”), ma swój początek i koniec — czego brakuje tabletowi włączonemu o dziewiątej rano, bo akurat pada.
Pomysły na deszczowe dni — ruchowe gry bez wychodzenia, projekty na dłużej, bajki na ciche wieczory — mam zebrane w TOWAS, dopasowane do Twojego dziecka. Przesuń wiek, przełącz charakter — talia się przestawia →
Czego unikać
Czego nie robić, w kolejności od tego, co kosztuje najwięcej:
- Ekran „na tło” od rana kosztuje więcej, niż wydaje się w tamtym momencie. Tablet uruchomiony o dziewiątej, bo pada, nie ma naturalnego końca — dziecko po nim bywa bardziej rozbite i mniej zdolne, żeby samo się czymś zająć.
- Rozpiska zajęć co dwadzieścia minut? Wypali Cię jeszcze przed południem, a dziecko przy okazji nauczy się, że rozrywka zawsze przychodzi z zewnątrz.
- „Zmarnowany dzień” to zbyt surowa ocena. Piżama, jeden dobry projekt i godzina nudy — dokładnie tak wygląda zwykły deszczowy dzień.
- Zastanów się, zanim wyślesz dziecko na dwór „żeby się zmęczyło”. Deszcz w kaloszach potrafi być świetną przygodą. Gorzej, gdy staje się sposobem na rozładowanie napięcia, które narosło w domu przez cały dzień.
Kiedy to już nie tylko deszcz
Większości dzieci deszczowy dzień daje się przejść — bywa męczący, ale mija razem z chmurami. Czasem jednak to, co widać przy szarym oknie, jest sygnałem o czymś szerszym.
Warto się przyjrzeć, jeśli:
- dziecko nie potrafi zająć się sobą nawet przez kilka minut w żadnym dniu, nie tylko deszczowym, choć jest już w wieku, w którym rówieśnicy to potrafią;
- każdy niezaplanowany czas — nie tylko deszcz — od razu kończy się rozpadem, płaczem albo agresją;
- dziecko domaga się ekranu zaraz po przebudzeniu i reaguje złością na każdą inną propozycję.
To rzadko jest sprawa pogody. Częściej — sposobu, w jaki dziecko, a razem z nim my, nauczyło się wypełniać pusty czas. O tym warto porozmawiać na spokojnie — choćby z psychologiem dziecięcym — niekoniecznie w czwarty deszczowy poniedziałek z rzędu.
Głębiej w temat — dlaczego nuda jest dziecku potrzebna, czego uczy i jak nie zostać rodzicem-animatorem — znajdziesz w głównym artykule: Nuda u dziecka — co z nią zrobić (i kiedy lepiej nic).
Deszcz nie odpuszczał. Młodszy siedział pod stołem z latarką i nie wyszedł stamtąd do kolacji.