Trzy godziny do babci, bagażnik spakowany, dziecko zapięte z tyłu. Tablet leży w torbie i taki ma zostać — postanowienie z wieczora. Mija dwadzieścia minut autostrady i z fotelika płynie pierwsze, ciągnięte „nudzi mi sieee”. A Ty masz obie ręce na kierownicy, oczy na drodze i sto sześćdziesiąt kilometrów przed sobą.
Znam to z własnego auta. Mam trójkę i wiem, jak kusi, żeby po prostu podać tablet — święty spokój w dziesięć sekund. Polskie badanie „Brzdąc w sieci” pokazało zresztą, że niemal dwie trzecie rodziców daje dziecku urządzenie właśnie wtedy, gdy marudzi. To zrozumiałe. Ale w aucie da się inaczej — i nie trzeba do tego ani rąk, ani niczego oprócz głosu.
Dlaczego głos działa lepiej niż ekran w trasie
Marudzenie w aucie to rzadko kaprys. Najczęściej to komunikat: „jest mi nudno, jestem zmęczony, nie mam nad niczym kontroli”. Dziecko siedzi przypięte, nie może wstać, nie decyduje o niczym. Tablet to zagłusza, ale niczego nie rozwiązuje — a przy okazji podbija próg, przy którym świat za oknem zaczyna wydawać się nudny. Im szybsze tempo treści na ekranie, tym bledszy robi się prawdziwy świat.
Gra słowna robi coś odwrotnego. Daje dziecku zajęcie, na które ma wpływ, wciąga je w rozmowę z Tobą i — niejako przy okazji — ćwiczy słuch, słownictwo i myślenie. WHO, zalecając małym dzieciom jak najmniej ekranu, wprost wskazuje na to, co warto dać zamiast: wspólne opowiadanie, śpiewanie, gry z opiekunem. W aucie akurat to masz pod ręką za darmo.
Awaryjny zestaw na „nudzi mi się” w trasie
Nie musisz nic przygotowywać. Te gry odpalasz głosem w dziesięć sekund, nie odrywając oczu od drogi.
„Widzę coś, czego Ty nie widzisz…” — i podajesz kolor albo pierwszą głoskę. Dziecko zgaduje, patrząc za okno. Klasyk, bo działa wszędzie i kieruje uwagę dziecka na świat, który mija, zamiast na ekran, którego nie ma.
Łańcuch słów. Ty mówisz „kot”, dziecko na ostatnią głoskę — „tablet”, Ty „traktor”, i tak w kółko. Zero rekwizytów, a mózg dziecka ma robotę: szuka, kojarzy, śmieje się z dziwnych słów. Im starsze, tym trudniejsze kategorie (tylko zwierzęta, tylko jedzenie).
„Kim jestem?” — pomyśl o czymś, a dziecko zadaje pytania, na które odpowiadasz tylko „tak” albo „nie”. Dwadzieścia pytań, żeby zgadnąć. To gra, która potrafi zjeść pół godziny trasy, a przy okazji uczy dziecko myśleć przez eliminację.
Cały zestaw gier słownych i pytań na trasę — do odpalenia głosem, bez rekwizytów, w wariantach na różny wiek — mam zebrany w TOWAS, dopasowany do Twojego dziecka. Sprawdź co zadziała u Was →
Czego unikać
- Nie sięgaj po tablet przy pierwszym „nudzi mi się”.Jeśli ekran przychodzi za każdym marudzeniem, dziecko uczy się, że nuda to sygnał do żądania ekranu — i zaczyna marudzić szybciej, nie wolniej.
- Nie wymagaj ciszy „bo tata prowadzi”. Dziecko nie umie przesiedzieć trzech godzin w bezruchu i ciszy — to nie złośliwość, tylko wiek. Lepiej dać mu zajęcie, niż walczyć z jego naturą.
- Nie rób z gier egzaminu. „Źle, to nie rymuje się” gasi zabawę. W grach słownych z małym dzieckiem liczy się rytm i śmiech, nie poprawność.
- Nie zapominaj o nudzie zaplanowanej. Krótka chwila, w której dziecko po prostu patrzy przez okno i się nudzi, jest w porządku — z niej często rodzi się jego własna zabawa albo rozmowa.
Kiedy to coś więcej niż nuda w aucie
Większość dzieci da się w trasie zająć rozmową i grą — albo po prostu przysną. Warto przyjrzeć się bliżej, jeśli:
- każda jazda autem kończy się płaczem albo paniką nieproporcjonalną do sytuacji, nie tylko marudzeniem;
- dziecko nie potrafi zająć się sobą nawet przez chwilę w żadnej sytuacji bez ekranu, nie tylko w aucie;
- podróży regularnie towarzyszą mdłości, bóle brzucha albo głowy (czasem to choroba lokomocyjna, którą warto skonsultować).
Z tym idź spokojnie do pediatry. Zwykle jednak wystarczy garść gier i świadomość, że nudna trasa to nie sytuacja awaryjna — tylko zwykły kawałek dnia, który da się wspólnie przegadać.
Szerszy obraz — kiedy nudę warto zająć, a kiedy lepiej zostawić — znajdziesz w głównym artykule: Nuda u dziecka — co z nią zrobić (i kiedy lepiej nic).
Z trasy do babci, na której tablet został w torbie, a my przez godzinę szukaliśmy słów na ostatnią głoskę — i nikt nie zapytał „daleko jeszcze”.